- Jesteśmy winni posłuszeństwo władzy. Zwłaszcza tak dla nas łaskawej. Mamy nowe drogi, wodociągi, urzędy. Kraj rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. I w zamian nasz król chce tylko te kilka złotych monet. Czemu nie chcesz im ich dać, drogi Eliakimie? - Joram spojrzał uważnie na petenta.

- Interesy ostatnio źle mi szły. Nie mam pieniędzy na podatki. Przecież wiesz, masz księgi – głos starego Żyda ociekał niechęcią do młodego poborcy.

- Moje księgi mówią, że masz zapłacić 5 min srebra. To nie tak dużo. Zgłoś się do mnie jutro, bo jak nie, to naślę na ciebie żołnierzy – warknął Joram, pokazując swojemu rozmówcy drzwi.

Poborca opadł ciężko na poduszkach i uśmiechnął się do siebie. Poza Eliakimem nie miał w tym roku żadnych problemów z zebraniem sporej sumy. W Jerozolimie będą z niego zadowoleni. Może w końcu wyrwie się z tej zapadłej dziury, Betlejem. Awansu Joram pragnął jak powietrza. Nie wyobrażał sobie wychowywania syna w pełnej owczego łajna dolinie.

Z rozmyślań wyrwał go tupot wielu stóp. Do izby wpadło czterech żołnierzy. Nim poborca zdążył się ruszyć, leżał przyciśnięty do podłogi przez dwóch królewskich gwardzistów. Reszta zniknęła za drzwiami wiodącymi do prywatnych pokoi Jorama. Tam, gdzie od kilku dni odpoczywała po porodzie żona poborcy.

Zszokowany mężczyzna mało co widział z wysokości podłogi. Usłyszał jednak przeraźliwy krzyk swej żony. Po chwili żołnierze zjawili się z powrotem w izbie. Jeden trzymał maleńką głowę noworodka. Joram wpatrywał się w kapiące kropelki krwi. Miał je przed oczami nawet wtedy, gdy gwardziści wypuścili go z żelaznego uścisku i podążyli za dowódcą. Jeden z żołnierzy wrzucił główkę do worka, który zarzucił sobie na plecy.

***

Ozjasz, szef niewielkiego oddziału gwardii króla Heroda w Betlejem osobiście prowadził akcję. Po wyjściu z domu poborcy zerknął do worka. Było tam już kilkanaście dziecięcych główek różnej wielkości. Cóż, Betlejem to małe miasteczko, ale kobiety zdawały się rodzić niemal codziennie. Według szacunków donosicieli, mieli tej nocy do zabicia sześćdziesięciu chłopców w wieku do dwóch lat.

Oficer wybrał do misji żołnierzy spoza Betlejem. Wszyscy przybyli do miasta ledwie kilka dni temu, i w ogóle nie znali miejsc ani ludzi. Szli więc posłusznie za Ozjaszem i nie zdziwili się, gdy dotarli pod okazały (jak na lokalne warunki) dom. Gdyby byli tutejsi, wiedzieliby, że to dom ich szefa.

Ozjasz, ojciec rocznego chłopca, wiedział, że musi działać skutecznie. Puścił swoich ludzi przodem. Gdy wpadali przez drzwi, jeden natychmiast padł przekuty mieczem przez czekającego za zasłoną Arama, ozjaszowego brata. Sam oficer dźgnął drugiego żołnierza. Trzeci nie zdążył wyjąć nawet broni, gdy Aram wbił w niego pilum.

Ciała żołnierzy padły jedno na drugie. Ozjasz przeskoczył trupy krzycząc do brata:

- Szybko, na drugą stronę domu, wyprowadzamy konie! Gdzie Rachela?

Aram nie odpowiedział. Wpatrywał się w dziecięce głowy, które wytoczyły się z worka upuszczonego przez żołnierza.

- Co..? Czemu..? Przecież i tak mieliśmy uciekać. Czemu kazałeś zabić te dzieci?

Ozjasz wzruszył ramionami i wyjaśnił:

- Przecież nie mogłem tu przyjść prosto z garnizonu. Jeszcze było jasno, ktoś by zauważył. Poza tym, ojców niektórych z nich naprawdę nie lubię.

Aram rzucił pokrwawiony miecz i wyszedł bez słowa. Zaskoczony Ozjasz wypadł za nim na ulicę i...zdziwił się jeszcze bardziej. Jego brat padał właśnie ogłuszony przez siedzącego na koniu gwardzistę. Kilkunastu innych żołnierzy tłoczyło się wokół. Jeden zeskoczył w betlejemskie błoto. Ozjasz rozpoznał w nim Abiasza, głównego dowódcę gwardii.

- No, no, nieźle tu sobie poczynacie w Betlejem – Abiasz wymownie spojrzał na wystające przez drzwi stopy jednego z martwych żołnierzy. - Widzę, że się spóźniłem. Ale zarazem słusznie, że przyjechałem. Tak mi się zdawało, że nie oddasz chłopaka.

Ozjasz nie odpowiedział. Nie mówił też nic, gdy wiązano mu ręce i wprowadzano do izby, gdzie jego żona płakała już nad pozbawionym głowy ciałem dziecka. Nie mówił nic, kiedy Abiasz ogłaszał, że zdrajca Ozjasz zostanie osądzony potem, bo teraz ma dokończyć swoje zadanie. Wziął worek i wyruszył w mrok.